czwartek, 1 listopada 2012

trudnej walki z cellulitem część pierwsza

Cellulit to mój problem od dawna. Nie jest wcale mały, nie przesadzam, nie wyolbrzymiam problemu. On był jest, ale mam nadzieję, że nie będzie :) Choć wiem, że całkiem nie zniknie, bo musiałabym zmienić dietę, zacząć ćwiczyć itd, a to przecież tyle poświęceń :) Liczę jednak na zmniejszenie. Czy pomoże mi w tym seria kosmetyków Apis, które dostałam od serwisu kosmeland? Zobaczymy.
W serii znajduje się Mineralny Peeling do ciała z czarnym błotem z Morza martwego i lawą wulkaniczną,
Termoaktywna Maska do ciała również z czarnym błotem z Morza Martwego
oraz Skoncentrowane Serum do ciała z minerałami z Morza Martwego i czerwoną herbatą Pu-Erh








Kosmetyki wg producenta oprócz działania antycellulitowego maja w zamiarze również zredukować nadmiar tkanki tłuszczowej. Wcale nie pogardzę takim efektem:)

Przeraża mnie jedynie fakt, że zabieg dla maksymalnego efektu powinnam wykonywać 2-3 razy w tygodniu, a serum wmasowywać 2 razy dziennie. Często...trochę za często jak dla mnie. No, ale czego się nie robi...
Zabieramy się więc do pracy:)




Pierwszego dnia testów z braków folii do owijania użyłam samego peelingu i serum.
Przyzwyczajona jestem do peelingów gruboziarnistych do ciała i zdziwiłam się, że drobinki tego peelingu są dość drobne (drobinki drobne- nie ma to jak masło maślane) jak na peeling do ciała . Po pierwszym użyciu pomyślałam, że tyłka nie urywa, szału nie było. Sytuację naprawiło serum, które dodało skórze wygładzenia, aksamitności.

Peeling

Zdecydowanie lepiej było za drugim razem.Wtedy wygładzenie naskórka po zastosowaniu peelingu było już znacznie bardziej wyczuwalne. Peeling więc nie działa hardcorowo.  Działa stopniowo, ale skutecznie. Na początku byłam zawiedziona, bo lubię jednak hardcore w przypadku peelingów , ale po przemyśleniu sprawy uznałam, że to  bezpieczna opcja, działa wolniej, ale za każdym użyciem wygładzenie jest wyczuwalne bardziej. Tym bardziej w przypadku moich nóg ze skłonnościami do pękania naczynek jest to dobre rozwiązanie.

Za drugim podejściem do testowania użyłam już maski i owinęłam się folią. Kometyki zastosowałam na uda i brzuszek.  Już po minucie zaczęłam odczuwać przyjemne ciepło. Maska faktycznie rozgrzewa. Po kilkunastu minutach czułam, że skóra już jest mokra, co przyznam, że całkiem mnie ucieszyło:) Lubię czuć, że produkt działa.
Uwaga osoby ze skłonnością do żylaków i pękających naczynek. Rozgrzewanie nie sprzyja temu problemowi. No tak, nie powinnam i ja, ale co tam :) Może przynajmniej usunę ten durny cellulit.





Konsystencja maski jest dość leista, spodziewałam się bardziej gęstego produktu, ale dzięki temu produkt jest bardziej wydajny.  Na szczęście leistość nie jest tak duża by nie można było zapanować nad produktem :) Łatwo i szybko się rozprowadza, nie trzeba grubo nakładać.  Odkąd mam dziecko czas wolny stał się dla mnie bardzo cenny więc każda zaoszczędzona minuta jest na wagę złota. Pewnie macie to samo.
Po 40 minutach wylegiwania się i nic nie robienia maskę zmyłam. Skóra była czerwona, widocznie i odczuwalnie rozgrzana co jest jak najbardziej porządanym efektem. Grzanie odczuwałam jeszcze kilkanaście minut po zmyciu maski.

Na koniec czas na serum. Produkt wydajny, nadający skórze gładkości, jedwabistości. Konsystencja podobna do maski, odrobinę bardziej delikatna, aksamitna.



Zapach produktów totalnie nie do zaakceptowania przez mojego męża, ale on jest bardziej wrażliwy na zapachy  niż nie jedna kobieta w ciąży ;) Dla mnie zapach neutralny.



Na dzień dzisiejszy bez sensu byłoby gdybym wypowiadała się na temat działania antycellulitowego produktów. Wiadomo, że jedna czy dwie aplikacje sprawy nie załatwią i czeka mnie dłuższa kuracja.
W tym momencie mogę jedynie powiedzieć, że skóra jest bardzo przyjemnie wygładzona, bardziej sprężysta, elastyczna i milusia w dotyku. Dalsza recenzja myślę, że za jakiś miesiąc kiedy będę mogła bardziej określić działanie tych kosmetyków. Czekajcie :)

Pomoże czy nie to cieszę się, że mam okazję przetestować produkt do ciała, bo dawno nic dla niego nie robiłam, a dzięki temu mam motywację:)

A testujemy dzięki serwisowi:



poniedziałek, 29 października 2012

Antybakteryjna pianka musujaca




Zdarza Wam się, że w podróży, na spacerze, gdziekolwiek poza domem odczuwacie potrzebę umycia rąk, jednak nie macie takiej możliwości, bo nigdzie w pobliżu nie ma kranu? Mi tak. I dzisiejszy post będzie właśnie o tym jak sobie z tym problemem poradzić.

Ostatnio w moje ręce trafiły produkty firmy OsmozaCare.
Produkty antybakteryjne, którymi możemy umyć dłonie bez użycia wody. Produkty dla całej rodziny. Dla dużych i małych. Wcześniej nie miałam do czynienia z ta firmą, dlatego byłam bardzo ciekawa ich produktów. Oprócz serii do higieny rąk mam tez inne cudeńka od nich, ale o tym później. 


Dziś o antybakteryjnej piance musującej.





Pianka myje dłonie bez użycia wody, doskonale je odświeża pozostawiając na dłoniach świetny zapach. Dłonie pachną po niej tak przyjemnie, że w pierwszy dzień używania co chwilę nadstawiałam je do nosa i najzwyczajniej w świecie wąchałam. Zapach dla mnie bardzo przyjemny.
Ale wiecie co mnie zaskoczyło najbardziej? Właśnie to musowanie. Super uczucie pękających, delikatnie łaskoczących bąbelków podczas rozsmarowywania. Świetna sprawa zwłaszcza dla dzieci (powyżej 3 roku życia), które nie lubią wszelkich zabiegów higienicznych. Na łaskoczące, strzelajace bąbelki na pewno nie trzeba będzie ich namawiać:)



Produkt zamknięty w niewielkim(50 ml), wygodnym opakowaniu z pompką (takim jak dezodoranty), które można ze sobą wszędzie zabrać, bo zmieści się nawet w kieszeni oraz nie obciąży zbyt mocno naszej podróżnej walizki bagażowej.  Jednak nie myślcie sobie, że małe opakowanie więc na krótko wystarczy. Produkt jest bardzo wydajny. Małe psiknięcie wystarcza na całe dłonie.
W pierwszej chwili po nałożeniu pomyślałam sobie, że nie będzie fajnie, że będą mi się lepiły dłonie. Jednak to było złudne wrażenie, bo efekt lepkości zniknął po króciutkiej chwili, preparat szybko się wchłonął i pozostawił wrażenie świeżości i czystości.
I ten zapach mmm
Podobno pianka wzmacnia też paznokcie dzięki zawartości D-panthenolu. Pod tym względem nie zdążyłam jeszcze przetestować, bo za krótko produkt mam, ale bardzo bym mnie cieszyło gdyby zadziałało na moje biedne paznokietki, bo są naprawdę bardzo biedne i w sumie nie wiem czy jest im stanie pomóc cokolwiek. Dam znać w przyszłości czy w moim przypadku pomogło.
Czy faktycznie jest antybakteryjna to musimy uwierzyć na słowo, bo własnego laboratium w domu nie posiadam :D Jestem jednak w stanie uwierzyć, że tak jak zapewnia producent działa antybakteryjnie, zwalcza drobnoustroje i zachowuje naturalne pH naskórka.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do produktu. Efekt odświeżenia jest wyrażnie odczuwalny więc spełnia swoja rolę. Ręce się nie kleją, pięknie pachną i do tego sprawiają wrażenie wygładzonych, delikatniejszych. Wygoda, szybkość i łatwość zastosowania  i do tego te bąbelki, które skradły moje serce :)
Produkt trafił w moje gusta i leży sobie zawsze bezpiecznie w torebce i czeka na moment kiedy mamuśce na spacerze z dzidziorrem zachce się umyć ręce ;)

Cena: 25zł
Więcej o Osmoza Care : http://osmozacare.net






czwartek, 25 października 2012

odpustowy autobus

Dziś będzie o najbardziej ukochanej zabawce mojego 13 miesięcznego synalka.
Oto on! Nasz autobusowy sorterek z czterema klockami w różnych kształtach i kolorach.




 Pisklak każdego dnia uparcie wciska trójkąt w kwadrat i odwrotnie denerwując się przy tym, że nie wchodzi, ale nie zrażając się  próbuje dalej. I tu muszę pochwalić mojego syna. Raz za wytrwałość, a drugi raz za to, że z klockami idzie mu coraz lepiej i już naprawdę często trafia tam gdzie trzeba. Ulubiony klocek to żółte kółko, bo najłatwiejszy to wciśnięcia, ale pozostałe też są ciągle w użyciu. Nie to, żeby moje dziecię ciągle na łatwiznę szło.




Dla nas powinna być edycja specjalna sorterów z klockami na sznurkach albo powinny mieć domontowany GPS, bo one ciągle giną. Zwłaszcza fioletowy sześcianik. Ten jest szczególnie pechowy. Aktualnie jednak wcięło ulubione żółte kółko. Za kilka dni się pewnie znajdzie w koszu na pranie, szufladzie z małymi skarpeteczkami albo innym "schowku".
Klocki są dość małe, nie tak małe, żeby połknąć, ale wystarcząjąco małe, żeby wziąć prawie całe do buzi. Dlatego bawimy się ostrożnie, bo przeraża mnie widok takiego klocka w buzi.






Sorter ma ogromną moc! Oprócz możliwości wciskania klocków, świeci, gra, jeździ i wyczynia przeróżne cuda. Gra denerwująco, głośno i skrzekliwie. Małe dzieci, siedzące w autobusiku odśpiewują piskliwymi głosami jakiś chiński utworek tańcząc przy tym, a właściwie kolebocząc się na boki.   Mniej więcej 5 minut jest do wytrzymania, później dla własnego zdrowia lepiej wyłączyć. Na szczęście mały trzasnął nim kilkadziesiąt razy porządnie o ziemię i za kilkadziesiąt pierwszym zaczął grać ciszej i trochę zawodzić. (nie to żeby zabawka była jakiejś kiepskiej jakości, bo jak na chińską robotę to to naprawdę dobry towar. Po prostu autobus przeżył wiele, nie miał szans na dłuższe bezawaryjne działanie) Ale piskliwie i wkurzające głosiki były i są bardzo przydatne w celu szybkiego odwrócenia uwagi od jakiś kabli czy innych zabronionych rzeczy na które "nie wolno" nie działa.



Autobusik ma oczy! Oczy te ruszają się we wszystkie strony podczas jazdy i wygrywanej (już zawodzącej) melodyjki. Autko jeżdżąc odbija się od napotkanych przeszkód, wykręca, przekręca, obraca się w którą stronę sobie chce i ucieka małemu potworkowi, który go goni. Co prawda Pisklak już za szybki, żeby mu autko uciec mogło, ale przy początkowych próbach chodzenia uciekało i było całkiem dobrą motywacją dla uczącego się chodzić potworka.   
Autobusik ma  przekładnie, którymi można  kręcić. Przekładniami kręci głównie mama. Małego nie specjalnie interesują, bo klocki do wciskania skupiają główną uwagę. Na dachu autobus ma też coś tam do kręcenia z literkami, cyferkami itp. I jakieś tam inne popierdółki do przesuwania, przekładania. Taka mała zabawka, a mieści w sobie całkiem sporo możliwości.










My autobusik kupiliśmy za 35 zł na odpuście :D.  No co? Odpust to u nas wielkie Święto i tradycyjnie jak co roku być obowiązkowo trzeba i kupić też coś trzeba. Cokolwiek, ale trzeba. I choć przeważnie zabawki odpustowe rażą kiepską jakością plastiku, który rozsypuje się przy pierwszej próbie silniejszego dotknięcia, tak tu tak nie jest. Autobusik jest wytrzymały. Nic się nie kruszy, nie odpada, nie wyłamuje mimo tych wszystkich trzasków, a testy wytrzymałościowe przeszedł ostre.  Jedynie ta melodyjka przycichła, ale to akurat dobrze :)



Przeszukałam w necie i znalazłam między innymi tu: sorter autobus.

A tak dzisiaj młodzieniec bawił się naszą żyrafką z notki: mini zoo
Proszę nie zwracać uwagi na bałagan, ale "mały" huragan zrobił demolkę.







poniedziałek, 22 października 2012

Sudo razy dwa


Dziś małe porównanie dwóch podobnych kosmetyków.
Sudocrem i Sudomax. Oba stosuje się w tym samym celu, czyli głównie na odparzenia pieluszkowe. Sudocrem większości zapewne dobrze znany, Sudomax - nowośc na rynku.
U nas odparzenia to dość częsty problem więc wybór dobrego kremu jest dla nas istotna kwestią. Nasze odparzenia nie są jakieś intensywne, jednak zaczerwieniona dupka występuję często mimo, że nie zaniedbujemy zmieniania pieluch. 

Kilka cech porównawczych oba środki:

Konsystencja:
Sudomax ma odrobinę lżejszą konsystencję, łatwiej i szybciej się go wsmarowuje co jest dość ważne przy małych Pisklakach, które nie zawsze mają wystarczająco dużo cierpliwości by swoje długie i cenne minuty spędzać na przewijaniu i smarowaniu.  Oba produkty należy dokładnie wsmarować by nie zostawiać charakterystycznego białego śladu

Zapach:
Wg mnie przyjemniejszy ma Sudocrem. Oba mają bardzo delikatny zapach, jednak Sudomax ma troszkę bardziej chemiczny, a Sudocrem bardziej kremowy.

Działanie:
Sudomax początkowo zaskoczył mnie swoim szybkim działaniem. Na drugi dzień od posmarowania po lekkim odparzeniu właściwie nie było śladu. Sudocrem działa troszkę wolniej.
Jednak przy którymś zastosowaniu Sudomaxu pojawił się problem. Wystąpiły krostki i dupka była baaardzo czerwona i wyglądała całkiem nieciekawie. Jedna z rówieśniczek (:*:*:*) Kubusia wśród naszych znajomych miała identyczny problem po zastosowaniu kremu. Jednak w większości krem ma opinie bardzo dobre więc może po prostu mamy pecha i krem się dla nas nie nadaje, a może nie dokładnie wsmarowałam specyfik i przez zbyt słaby dopływ tlenu do dupeńki, powstały krostki? Na razie robimy sobie dwutygodniową przerwę od Sudomaxu i zobaczymy co będzie dalej. Przy Sudocremie nigdy takich problemów nie mięliśmy.
Sudomax świetnie nadaje się np na poparzenia termiczne więc może przydać się nie tylko dzieciom  ale i dorosłym.  Pantenol, który zawiera bardzo szybko łagodzi pieczenie, a skóra goi się i jaśnieje w naprawdę szybkim tempie.
Dobry na wszelkie ranki, otarcia. Największym plusem produktu jest szybkie działanie. Bardzo bym chciała, żeby służył też mojemu synkowi. Mam nadzieję, że po tych dwóch tygodniach jak użyjemy ponownie to już wszystko będzie jak należy, bo tak szybko działający środek bardzo by nam pomógł.
Sudocrem działa wolniej, ale nie wywołuje na pupci maluszka żadnych niespodzianek. Używaliśmy go od narodzin małego i złego słowa powiedzieć nie mogę. Sudocremu nie testowałam na oparzeniach termicznych, ale producent zapewnia, że również spełnia się w tej roli. Trzeba sprawdzić przy najbliższej okazji.

Cena: Sudomax kilka złotych tańszy od Sudocremu.

Gdyby nie wystąpienie krostek na dupalku małego, uznałabym Sudomax za krem idealny (za swą szybkość i lżejszą konsystencję+ niższą cenę) i pewnie zrezygnowała z Sudocremu. Jeśli jeszcze nie miałyście z nim do czynienia, a szukacie szybkiego środka na odparzenia to moim zdaniem warto spróbować. Nie u każdego musi wystąpić taka reakcja jak u nas.

Jedno jest pewne! Mąki ziemniaczanej i tak nic nie zastąpi :) Czasem nawet najlepsze kosmetyki okazują się słabsze od babcinych sposobów :)

sobota, 20 października 2012

Ententino, saka raka tino...

  "Ententino, saka raka tino
saka raka i tabaka en ten to..." 




Piękna wiosna tej jesieni. Pogoda cudna tak, że nie chce się wracać do domu. Najchętniej cały dzień byśmy korzystali z promieni słoneczka i gdyby nie fakt, że czasem trzeba coś zjeść i że moje dziecko pierwsze co robi na dworze to leci do kałużki wody i się wesoło próbuje w niej pluskać to pewnie by tak było. Od tego pluskania na które mama nie pozwala, ale jednak czasem się zdarzy mięliśmy katarek no i chyba jednak nie do końca minął, bo coś tam jeszcze furczy. Mama zresztą też pociągająca.
Mimo pięknej pogody trzeba było już szafę przejrzeć i wystawić na wierzch odzież jesienno-zimową. Póki co zrobiłam to tylko u małego, bo do swojej szafy jakoś się zebrać nie mogę i wciąż na pierwszym planie widnieją cieniutkie bluzki na ramiączkach  zamiast grubych wełnianych swetrów.
Po segregacji ciuszków małego z przykrością stwierdziłam, że ma bardzo mało długich rękawów, w które by się mieścił. Te małe Pisklaki tak szybko rosną, że co sezon wymiana całej garderoby. Takie uroki:) Przeraża mnie fakt ile jeszcze trzeba kupić przed zimą. No bo i kombinezon by się przydał i buty i rękawiczki i szalik. No bo przecież tej zimy już bałwana będziemy lepić i się snieżkami rzucać i aniołki na śniegu robić. Toż się trzeba przygotować.  W domu też będzie chłodniej niż dotychczas więc i piżamka jakaś cieplejsza niezbędna i papcie "podomowe" co by małe stópki (:*:*:*) nie marzły.
Tak więc czas na poszukiwania jakiegoś fajnego sklepu odzieżowego gdzie i ceny nie trzycyfrowe i jakość satysfakcjonująca. I znalazłam Ententino. Głównie naszą uwagę skupiły koszulki, bo wzornictwo ciekawe, proste, nie "napstrzone" jak to w moim dzieciństwie wszystko było. Do tego zabawne napisy i intensywne kolory. A my kolory lubimy. Sama uwielbiam założyć coś w intensywnym odcieniu. Jakoś mi to poprawia humor, zwłaszcza jesienią. Choć i szarości i czerni też sporo w naszych szafach.
My mamy bluzkę tą: nasza bluzka z Ententino
Ostatnie sztuki i w promocji więc jak ktoś też chce to pewnie musi się spieszyć.
Sorry za zdjęcia z bułą, ale mały Pisklak czasem zachowuje sie jakby miał robaki w tyłku, a tylko sucha buła (jak już wiecie ukochana) potrafi go choć na chwilę zatrzymać.








Kolor czerwony kocham ponad wszystko. W sensie ponad wszystkie kolory, bo jest dużo innych rzeczy i ludzi, które kocham bardziej od koloru czerwonego (np. Coca Colę, chipsy i czekoladę niestety...i się potem dziwię, że waga się ze mną nie chce zaprzyjaźnić i pokazuje coraz brzydsze cyferki)  W przypadku małych "dzieciów" kolor czerwony bardzo praktyczny. Zwłaszcza w przypadku wpadki przy karmieniu pomarańczowo-czerwonymi marchewkowymi obiadkami.
Styl koszulek przypadł nam bardzo do gustu.  Jakby malowany flamastrem przez dziecko. Nasz wzór koszulki sugeruje, że mój "dzieć" zostanie kowbojem, ja myślę jednak, że zostanie dinozaurem, bo usilnie próbuje mnie ostatnio zjeść :/
Na pierwszym zdjęciu kolor przekłamany. Bluzka kolorystycznie jest bardziej zbliżona do tego z drugiego zdjęcia. Kolor jest naprawdę intensywny. Może nie aż tak jak na drugim zdjęciu (bo tu wyszedł aż rażący), ale bardzo ładny. 


Koszulka 100% bawełny, porządnie wykonana i wygodna dla małego odkrywcy (przynajmniej nic mały nie mówił, żeby mu było nie wygodnie ;D ) Ta mina raczej też wskazuje na to, że bluzka się spodobała ;)






 Nie musiałam przed założeniem latać z nożyczkami by obcinać wiszące nitki, jak to niestety często bywa.  Dam znać po praniu co się będzie działo, ale mam przeczucie, że będzie bardzo dobrze:) Rozmiarówka firmy Ententino zaczyna się głównie od 86, ale można znaleźć też mniejsze rozmiary w dziale "niemowlaki".
 Lekko się przeraziłam jak zobaczyłam, że bluzeczka nie ma żadnego rozpięcia do przełożenia przez głowę, a mój "dzieć" totalnie nienawidzi wkładania bluzek przez głowę, ale okazało się, że to wykrojenie na szyję jest na tyle elastyczne, że zakłada się bez problemu.  Na nas 86 okazało się być odrobinę za duże, choć zwykle właśnie 86 nosi, ale przynajmniej będzie miał na dłużej  :)
Na pewno nie raz jeszcze zajrzę do sklepu Ententino, bo ceny bardzo przystępne, a ubranka ładne i porządne. Polecam.

czwartek, 18 października 2012

mini zoo

 Kubulinio jak zawsze wyczuł, że jedzie coś do niego. Jeszcze na minutę przed ding dongiem listonosza, zbudził się ze słodkiego snu. Dobrze, że na minutę przed, a nie w trakcie, bo znowu miałabym dylemat gdzie lecieć. Czy szybko do małego licząc, że listonosz nie odjedzie myśląc, że nikogo nie ma w domu? Czy najpierw otworzyć drzwi, krzyknąć w pośpiechu: "zaraz wróce" i dopiero do małego licząc, że w między czasie nie udało mu się wyjść z wózka, w którym sypia w dzień. 
No ale na szczęście tym razem nie miałam tego dylematu ;)
Z obudzonym na minutę przed dzwonkiem synkiem wyszłam więc i odebrałam paczuchę :) Lubię paczuchy. To zdecydowanie lepsze od podłużnych białych kopert, które w swej zawartości mają trzycyfrowe rachunki za prąd i inne zbędne opłaty.
Takich kopert nie lubimy.

Czas otworzyć paczkę, przedrzeć się przez warstwy taśm klejących "walcząc" przy tym z małym Świderkiem, który usilnie próbuje "pomóc". Następnie zutylizować karton, by młody się nie dorwał do niego w ramach obiadku. Uwielbia jeść karton. Karton w jego mniemaniu to najpyszniejsze jedzonko, które doskonale mogłoby zastąpić wszelkie warzywka, owoce, makarony i inne dobrodziejstwa. Jedynie sucha buła wygrywa z kartonem.
Ale do rzeczy. Karton zutylizowany więc można bezpiecznie przystąpić do zabawy, bo w kartonie było super cudeńko -Żyrafa z FisherPrice ze swoimi mniejszymi przyjaciółmi zamkniętymi w klockach o  wielkości idealnej dla małej rączki.  Mniejsi przyjaciele to małpka, krokodyl, panda, papuga i zeberka. Całe ZOO do którego zresztą rodzice wybierają się od wiosny i się wybrać nie mogą. No, ale teraz przynajmniej Kartonowy Pożeracz ma swoje ZOO w domku:) Co nie zmienia faktu, że wybrać się trzeba.
Żyrafką można kręcić, papuga ma w dziobku coś a'la dzwoneczek, który sobie wesoło dynda, panda ma  dwie grzechoczące kuleczki, krokodylek ma kilka mniejszych też grzechoczących kuleczek, tylko jedna, biedna małpka nie ma nic.



Dziecię oczywiście szybko załapało o co chodzi i klocki jeden po drugim wlatywały do dziury w  głowie żyrafy, żeby w końcu wylecieć bramką wylotową  i po drodze wydać z siebie całkiem przyjemną melodyjkę. Melodyjka gra cicho, co jest dla mnie ogromną zaletą, bo nie drażni. Melodyjki nie są jakieś ogromnie zróżnicowane (zauważyłam trzy rodzaje), ale dla małego szkraba wystarczające, żeby przynieść radość i zapewnić atrakcję na dobre kilkadziesiąt minut. Tak! Nawet mogę spokojnie wyjść do ubikacji podczas gdy "dzieć" namiętnie wciska klocki w żyrafę.


A że jest na etapie wkładania wszystkiego we wszystko, to nawet i chrupkami została nakarmiona żyrafa.
Jedyny zawód jaki spotkał moje dziecko to to, że klocki nie mieściły się w boczne otwory. A bardzo i jeszcze raz bardzo, chciał je tam wcisnąć :D




Oczywiście dziecko nie byłoby sobą gdyby nie spróbowało jak klocki smakują. Na szczęście są bezpiecznych rozmiarów i cała zabawka nie zawiera małych elementów więc nie ma strachu że pożeracz coś połknie. Dodatkowo jedna ze stron klocków może służyć jako drapak  dla obolałych dziąsełek i pożeracz chętnie korzysta z tej funkcji ;)


Mały majsterkowicz nie odpuściłby oczywiście gdyby sam nie sprawdził jak to się dzieje, że zabawka gra. Po wnikliwej ocenie sytuacji doszedł do wniosku, że zabawkę można oszukać i wcale nie  trzeba klocków wrzucać, żeby grało. Mały cwaniak ;)


Kolejne 15 minut zabawy żyrafką zleciało gdy okazało się, że bramka wylotowa się otwiera i zamyka. Przecież to kolejne ulubione zajęcie! I tak otwierał i zamykał, mama zrobiła zdjęcie i poszła pić kawę. Ciepłą kawę!
Na koniec testy wytrzymałościowe. Ponieważ żyrafka posiada wygodny uchwyt to można ją nosić ze sobą po całym mieszkaniu uderzając po drodze a to o szafę, a to o krzesło a to trochę potrzaskać o panele. Mimo licznych trzasków żyrafka wciąż działa.

 Zabawka zakwalifikowała się do grupy jednych z ulubionych mojego synka. A i mama czasem z zabawki skorzysta i chętnie klocki powrzuca. Dobre na rozładowanie nerwów.  Na mnie działa.

A Ta mina chyba mówi wszystko :) I nic więcej dodawać nie trzeba:)


Żyrafkę można zakupić tu: Żyrafa pełna klocków

Zabawka idealnie nadaje się dla dzieciaczków 6 miesięcy+

poniedziałek, 15 października 2012

podkłady pod lupą

Notka miała być wczoraj, ale nie "pykło" więc przepraszam tych, którzy czekali.
Dzisiaj będzie trochę makijażowo. A dokładniej o podkładach.
Czym dla mnie charakteryzuje się dobry podkład?
Ładnie kryje, dając przy tym naturalny efekt, nawilża naskórek, łatwo się rozprowadza, długo utrzymuje i pozwala skórze oddychać, nie zatykając porów i nie powodując powstawania wyprysków.

Obecnie używam Podkładu Very Me Smoothie foundation z Oriflame. Skusiła mnie cena, bo jest dostępny za grosze w promocji. Chyba coś koło 12 zł za niego zapłaciłam. Podkład jest dobry szczególnie  dla osób bez problemów ze skórą, u których nie ma trzeba wiele maskować. Ja na szczęście do takich należę. Krycie mogło by być lepsze, ale za to daje bardzo naturalny efekt więc dla osób, które chcą delikatnie wyrównać koloryt cery będzie idealny.
Problem z kosmetykami katalogowymi jest taki, że czasami ciężko dobrać odpowiedni kolor podkładu dla siebie. Ja jestem trupio blada więc w ciemno wzięłam najjaśniejszy odcień z pewnością, że będzie dobry.
Okazało się jednak, że są osoby o jeszcze jaśniejszej cerze od mojej, bo podkład był  za jasny. W sumie to mnie to nawet ucieszyło ;) Może nie jest ze mną aż tak źle :) Tymczasem mieszam sobie go z innym odcieniem i jest ok. Wam proponuję jednak zamówić najpierw próbki i dobrze dobrać odcień.

 Rozprowadza się bardzo łatwo, nie robią się smugi, pachnie przyjemnie, na twarzy trzyma się długo, nie powoduje efektu maski, nie zapycha porów.
Podkład bardzo delikatny, bardziej określiłabym go jako krem koloryzujący więc jeśli masz trądzik lub inne problemy z naskórkiem wymagające silnego krycia to raczej ten produkt Cie nie zadowoli.
Natomiast super sprawdzi się np. do szkoły (wiem, ze zaglądają tu też dziewczyny w wieku szkolnym) gdzie wymagany jest jak najbardziej naturalny efekt. Jeśli dobrze dobierzecie odcień nikt nie zauważy, że macie położony podkład, a wasza cera będzie miała ładny, równomierny koloryt. Podkład wymaga zastosowania odrobiny pudru, bo skóra się po nim  świeci, ale za to skóra jest jedwabista i nawilżona. Dobry do cer suchych czyli dla mnie :)
Jego konsystencja nie jest przesadnie leista więc dobrze się go wydobywa z tubki, bez ryzyka wylania nadmiernej ilości produktu.


Druga pozycja to Pure Liquid Mineral z Maybelline. Lubię!

 Wygodna buteleczka z dozownikiem, który dozuje równe porcje preparatu. Przynajmniej nie wyciśnie nam się za dużo jak to czasami  bywa w przypadku tradycyjnych tubkowych produktów. Szkło przeźroczyste dzięki czemu widzimy ile podkładu w środku jeszcze zostało i kiedy należy wybrać się ponownie do drogerii. Tylko musimy brać poprawkę na to, że w buteleczce zawsze troszkę na dnie zostanie (co mnie zawzse strasznie wkurza), czego pompka nie będzie w stanie już wycisnąć. W dobie kryzysu można rozkalibrować (czyt. zepsuć i zdjąć) pompkę  i wybrać resztkę patyczkiem do uszu ;) Bezpieczny dla skóry, nie przesusza, nie zatyka porów. Produkt nakłada się bezproblemowo. Na mojej skórze trzyma się ładnie choć w przypadku cer tłustych może już tak super nie być. Puder konieczny, bo skóra błyszczy jak psu...yyy nic nic. Konsysencja bardziej lejąca od Oriflame Very Me.
Cena: ok. 30zł

Pozycja nr 3 Znów Maybelline,. Dream Matte Mouse






Podkład jak sama nazwa wskazuje w postaci musu. Bardzo dobrze nakłada się palcami. Gąbeczka do nakładania w przypadku tego podkładu się nie sprawdza. Mus sprawia wrażenie bardzo lekkiego, jest przyjemny w dotyku, taki satynowy, skóra po nałożeniu produktu jest milusio wygładzona. Zawiera w składzie silikony i to one powodują wrażenie wygładzenia naskórka.  Podkład daje bardzo intensywne matowe wykończenie dlatego polecam go do cer tłustych z tendencją do błyszczenia. Nawet nie wymaga zastosowania pudru.  W moim przypadku bez bazy pod spód  nie da rady. Wysusza i mojemu już i tak suchemu pyszczorowi aż się skórki łuszczyły co nie wyglądało estetycznie. Krycie w porządku. Sadzę, że najlepsze z wymienionych w dzisiejszej notce podkładów. Podsumowując: produkt bardzo dobry, ale typowo dla tłustych cer.
Cena:30 zł


I pozycja nr 4  Znowu Maybelline?  Tym razem "New Affinitone"
Ten podkład to chyba mój ulubiony dla mojej suchej skóry, bo bardzo ładnie mi ją nawilżał, nie uwidaczniał suchych skórek i moja buzia wyglądała po prostu ładnie. To typowo nawilżający podkład.
U mnie nr ! Aż dziw, ze w danej chwili zabrakło go w mojej kosmetyczce.


Dobrze się rozprowadza, daje bardzo naturalny efekt. Konsystencja dość leista, dlatego trzeba uważać bo łatwo wylać go za dużo z tubki. Niestety tubka. Wolę chyba jednak pompki mimo, że zostaje się trochę na dnie :D
Jest lekki i daje skórze oddychać. Krycie- dla mnie w porządku. Zawiera witaminę E, która jest znana jako "witamina młodości".
Twarz wygląda świeżo i naturalnie, podkład ładnie stapia się z kolorytem naszego naskórka. Dla suchych skór - polecam!
Cena; ok 25 zł


Tutaj taka mała pokazówka moich odcieni. Niestety nie posiadam już New Affinitone więc nie mogę zobrazować.
Odcień Oriflame jest dla mnie zbyt jasny, odcień pure Liquid lekko za ciemny, ale po zmieszaniu stanowią dla mnie kolor idealny:)
Odcień Dream matte Mouse kolorystycznie dobry zimą dla mojej bladości. .


Jeśli więc szukacie nie drogiego produktu który wyrówna wasz koloryt naskórka i nie przesuszy to zdecydujcie się na Oriflame Very Me.
Pure Mineral i "New Affinitone" to podobny efekt z lepszym kryciem, ale w troszkę wyższej cenie. Plus dla Affinitone za efekt nawilżenia.
I Dream Matte Mouse dla cer tłustych, wymagających zmatowienia.

Mam nadzieję, że pomogłam chociaż odrobinę. Liczę na wasze spostrzeżenia w komentarzach. Może stosowałyście i macie inne zdanie? Każdy ma prawo do swojego gdyż na innych skórach produkty moga zachowywać się zupełnie inaczej. Jestem ciekawa waszych opinii.

Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz być na bieżąco to zapraszamy na nasz fanpage: Szczęście Mamy. Zachęcamy do polubienia i śledzenia nowinek:)